Site Loader
Turcja

Jeden z największych paradoksów: ani Europa, ani Azja, ani Bliski Wschód, a fascynujący stop ich trzech. Imperium położone na linii głównych podziałów politycznych, kulturalnych i religijnych. Kraj o historii i wdzięku trudnym do opisania, najmniej europejski,  a najbliższy Polsce. Mający wszystko, o czym marzą turyści: słońce, tysiące kilometrów linii brzegowej, księżycowe pagórki, dziewicze stepy, podziemne miasteczka, gościnnych mieszkańców.

Turcję i Polskę przez wieki łączyła przyjaźń. Nietypowa, męska  i szorstka, ale przyjaźń. Oba kraje były pomostami między Wschodem a Zachodem, pograniczem. Turcja widziana przez pryzmat sienkiewiczowskiej Trylogii to budzący respekt przeciwnik, potężna siła na polu bitwy, ale nie zdrajca. Gdy na Zachodzie szalała inkwizycja, Rzeczpospolita i Imperium Osmańskie słynęły z religijnej tolerancji.  W magnackich dworach urządzano orientalne bale, podczas których goście raczyli się kawą. Kolekcjonowano arabskie rękopisy i arabskie konie. „Czysto polski” sarmatyzm był właściwie w całości turecki.  W stroju, fryzurach, orężu, umiłowaniu wolności oba kraje się nie różniły. Turcja była jednym z mocarstw, które nie uznały rozbiorów, i udzielała schronienia emigracji po powstaniach i w czasie wojen światowych. Skoro prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, to Turcja jest być może najbliższym nam krajem w Europie.

Do Turcji jedzie się dla egzotyki. Tej najbliższej, najtańszej, najbardziej przyjaznej. Najsłynniejsze rogatki Europy po stuleciach zaniedbań stały się najoryginalniejszym i najtańszym krajem na starym kontynencie, gdzie 100 dolarów dziennie na pobyt (poza Stambułem) oznacza luksus. Bazary kuszą mnóstwem towarów z Bliskiego i Dalekiego Wschodu, meczety uświadamiają różnorodność religijną Europy.

Turcja ma tożsamość Maty Hari i Agathy Christie. Orient był ulubionym tłem przedwojennych historii szpiegowskich i kryminalnych. Walka o wpływy w tym rejonie do dziś należy do priorytetów polityki zagranicznej największych mocarstw. Próbowali ją zrozumieć i opisać: Gustave Flaubert, Lord Byron, Adam Mickiewicz. Dla nich zrozumienie Turcji było próbą odgadnięcia całego muzułmańskiego świata, „świata, który zaczynał się tam, gdzie kończyło się chrześcijaństwo”, jak pisał Flaubert.

Ta kraina fascynuje, bo ma własny kod architektoniczny; odrębną  literaturę, poezję, muzykę. I ta inność cieszy się dziś coraz większym zainteresowaniem wśród projektantów mody, wnętrz, architektów, artystów i turystów. Częstymi gośćmi nad Bosforem są: projektant Oscar de la Renta, Mark Lee, szef Yves Saint Laurent, projektant butów Christian Louboutin. Kilimy, kafle z bogatymi ornamentami właściwie nigdy nie wyszły z mody; namioty ogrodowe, biało-błękitna ceramika z Iznik, ulubione przez sułtanów wyroby szklane z Beykoz – delikatne i bajecznie kolorowe, ceramika z Cannakale – pełna motywów roślinnych i zwierzęcych – perfekcyj nie komponują się z każdym wnętrzem,  w każdym kraju. Większość łazienek  na świecie czerpie wzorce z łaźni tureckich: nie tylko przez użycie kafelków, ale także minimalizm połączony  z funkcjonalnością.  

Pierwszą rzeczą, jaką widzi się po wjeździe do Turcji, są pola tulipanów.  W Islamie jest to święty kwiat. Jego kształt przypomina literę oznaczającą Boga. Jeśli ktoś ma zamiar jeździć po Turcji samochodem, powinien nastawić się na oryginalny styl jazdy tureckich kierowców, zamiast w swe umiejętności i przepisy wierzących w kismet (los) i kader (przeznaczenie). Tureckie drogi są w dobrym stanie. To zachowanie kierowców wymaga naprawy. Ciężarówki poruszają się zwartymi karawanami, nie uznaje się pierwszeństwa pieszych na pasach, a przedostanie się do centrum Stambułu to niemalże odyseja. Kierowcy w mieście traktują korki jako okazję  do pogawędki z przechodniami.

Dla 90 procent przybyszy przygoda  z Turcją zaczyna się od Stambułu. Dwa kontynenty łączą tu dwa mosty. Pracuje się nad tunelem, ale gdziekolwiek wbije się łopatę, odkrywa się tyle zabytków,  że zapewnia to archeologom i kuratorom muzeów pracę do końca życia.

Bizancjum, Konstantynopol, Stambuł. Miejsce tak dobre, że ma trzy nazwy. Właściwie cztery, jeszcze Nowy Rzym. Miasto, będące stolicą nie jednego, lecz dwóch cesarstw, o które toczono wiele bitew. Połączenie Portofino – ze względu na urodę, Damaszku – z uwagi na handel, Kairu – przez miejski gwar i Rzymu – bo równie piękne. Napoleon twierdził, że gdyby istniała stolica świata, byłby nią Stambuł; a dziś nie jest to nawet stolica Turcji. To miasto jest tym, czym Rzym dla Italii. Można poznać je, nie poznając reszty kraju, ale nie można poznać reszty kraju, nie poznając go.

Promienie słońca odbijają się tu od złotych kopuł meczetów i fal Bosforu. Stambuł jest podzielony i otoczony wodą. To nie jest miasto, które można zobaczyć w jeden dzień, a nawet jeden tydzień. Nie ułatwia turystom poznania. Nie ma centrum. Ma starą część ukrytą w zieleni parków i nową z biurowcami ze szkła i metalu. Ma część europejską – spokojną, niemal uśpioną, i pełną życia część azjatycką, gdzie ludzie pracują, handlują i bawią się nocami.

Transeuropejska Autostrada ciągnie się 60 km w samym Stambule, a przez następne kilkanaście kilometrów nadal nie widać końca przedmieść. Gdy na poboczu pojawia się pierwsza krowa,  to znak, jak gałązka oliwna dla Arki Noego, że zbliża się inny świat.

Zjeżdżając z autostrady, żegnamy  XXI wiek. „Tam, gdzie kończył się Konstantynopol, zaczynał się kraj nieuprawny, pogarbiony, pokryty niziutkimi krzaczkami” – pisał w drugiej połowie XIX w. działacz niepodległościowy Zygmunt Miłkowski. Wąska, gdzieniegdzie asfaltowa droga wije się jak strumyk przez doliny i zagajniki sosnowe. Niepotrzebne są tu znaki ograniczenia prędkości, gdyż i tak niemożliwa jest jazda szybciej niż 60 km/h. Ciągnięte przez osły wózki wypełnione drewnem, zaciekawione owce stojące na środku drogi. Z najwyższych wzgórz podziwiać można sielski krajobraz: kwadraty pól słoneczników i pszenicy, oliwkowe zagajniki. Powietrze pachnie dymem ognisk. Mrugnie się powieką i przegapi się wioskę przy drodze, garść domów, minaret, kilka krów. Wszystko w barwach spłowiałych nadmiarem słońca. Niemal biały gont na dachach, pożółkłe wieże meczetu.

Troja jest wyjątkiem. Nie sposób jej ominąć, już z daleka widać przy szosie wielką podobiznę trojańskiego konia. Niewiele pozostało z miasta, którego historia obejmuje trzy tysiąclecia, ale istnieć ono będzie zawsze wyśpiewane  w Iliadzie przez niewidomego Homera. Opowieść o pięknej Helenie, po którą wysłano 1000 okrętów wojennych,  oblężeniu miasta, ostatniej walce Achillesa szczególnie sugestywnie brzmi w miejscu, gdzie zachowały się mury  z różnych okresów, miejsce posiedzeń rady, kamienna rampa i świątynia Ateny. Ze wzgórza, na którym stało legendarne miasto, roztacza się piękny widok na cieśninę. Położony po drugiej stronie Dardanele i półwysep Gallipoli jest jeszcze bardziej nostalgiczny. W 1915 roku podczas inwazji alianckiej doszło tu do jednej z najkrwawszych kampanii I wojny światowej. Dziś na miejscu bitew rosną lasy sosnowe. Napis na stoku fortecy Kilitbahir głosi: „Ziemia, po której stąpasz, była niegdyś świadkiem końca epoki”. 80 tys. Turków  i 200 tys. aliantów wciąż czeka na swego Homera, który upamiętniłby ich bohaterską śmierć.

Ci, którzy przyjechali do Turcji na wakacje na plaży i najlepiej czują się  w tętniących życiem kurortach, powinni zobaczyć okolice Bodrum: seledynowego koloru morze, złociste szerokie plaże, błękitne niebo z rzadka pokryte białymi chmurami. Położone na południowym krańcu Morza Egejskiego Bodrum słynie z bajkowego zamku św. Piotra (zbudowanego przez krzyżowców na wzór zamków średniowiecznych), miejsca,  w którym stał monumentalny grobowiec Mauzolosa – jeden z siedmiu cudów świata (zbudowany w całości z marmuru, wielkości sporej świątyni, zniszczony całkowicie wskutek trzęsienia ziemi). To jednak przede wszystkim piękne plaże oraz słynne dyskoteki do białego rana. Legendarna stała się już odpowiedź  gubernatora miasta na skargi na burzliwe nocne życie miasteczka „chciałeś ciszy i spokoju, to dlaczego przyjechałeś do Bodrum?”.

Drzwi do jednego z klubów strzeże strażnik o wyglądzie dżina i bramka przypominająca te na lotniskach. To nie jest niezwykły widok w Turcji. I to nie  z powodu al-Kaidy czy dzieciaków  z dżihadu, ale z naturalnej niechęci tureckich mężczyzn do rozstawania się  z bronią. Stara tutejsza mądrość ludowa głosi: „mężczyzna potrzebuje konia, kobiety i broni. Strzeż się tych, którzy mają tylko tę ostatnią”.

Na sali miejscowe dziewczęta tańczą najczęściej w swoim gronie. Głównie taniec brzucha. To turecka specjalność, choć import z Egiptu. Początkowo gorsząca swą zmysłowością, ale obecnie niezmiernie popularna wśród wszystkich grup wiekowych. Okazjonalnie sztuki tej próbują nawet mężczyźni.  Z jedną ręką uniesioną w górze kołyszą się miarowo, a ich „taniec” przypomina kiwanie się ludzi dojeżdżających metrem do pracy. Muzyka jest mieszanką tureckiego popu, słodkiego jak baklava,  i zachodniej klasyki disco z lat 80.

Tytuł filmu braci Coen To nie jest kraj dla starych ludzi pochodzi z poematu irlandzkiego poety Williama Butlera Yeatsa, opisującego Bizancjum. W burzliwej historii imperium ciężko było  tu kiedyś doczekać starości. Turcja jest młodym krajem, 2/3 społeczeństwa  ma poniżej 35. roku życia. Właściwie tylko młodych ludzi widzi się w stolicy kraju Ankarze (dawnej Angorze),  największym ośrodku akademickim kraju. To miasto w ogóle nie jest dla starych ludzi. Może dlatego, że samo jest bardzo młode. W 1923 roku Ataturk jednej nocy odmienił małe, senne miasteczko, słynące głównie z hodowli kóz, w administracyjne metropolis. Europejscy urbaniści zaplanowali szerokie aleje, park ze sztucznym jeziorem oraz liczne dzielnice willowe i dyplomatyczne. Młodzi ludzie siedzą na trawie i uczą się do egzaminów, popijając herbatę z wysokich szklanek wśród kolorowych domów, jakby pomalowanych przez awangardowych malarzy. Najlepsze muzeum  w mieście to Cywilizacji Anatolijskich, w odrestaurowanym krytym targu, budowli, której szkieletem jest pięknie wykuta metalowa konstrukcja, obłożona szklanymi ścianami, z podłogą z surowych kamieni.

Ale żelaznym punktem zwiedzania Ankary jest Anit Kabir, Mauzoleum Ataturka. Potężna szara budowla ma kilometr długości, do dziedzińca prowadzi aleja z kamiennymi lwami. Miejsce wyglądające jak antyczna agora. Po jego wschodniej stronie mieści się muzeum pamiątek i rzeczy osobistych Ataturka. Można tu obejrzeć jego samochody i film o jego życiu. Do mauzoleum wchodzi się przez drzwi z brązu, przed wejściem należy zdjąć nakrycie głowy, o czym przypominają strażnicy. W sali wyłożonej czerwonym marmurem, udekorowanej mozaikami, stoi samotny grobowiec wykuty z jednego kawałka kamienia. Ataturka uważa się za największego bohatera narodowego. Jego podobizny wiszą wszędzie. W czasie  I wojny wyróżnił się skuteczną obroną półwyspu Gallipoli przed inwazją wojsk angielsko-australijsko-nowozelandzko-francuskich. Współczesna Turcja jest dziełem Ataturka. Doprowadził  do powstania republiki, obalając sułtanat, zakończył epokę Imperium Ottomańskiego.

Ottomani przybyli na tę ziemię  w 1453 roku, który często uznawany jest za początek europejskiego renesansu. Mieli niepohamowaną ambicję, świetne szkolnictwo, rozbudowaną strukturę administracyjną i jedną z najlepszych lekkich kawalerii na świecie. Długą serię podbojów rozpoczętą  w środkowej Azji zakończyli pod murami Wiednia. Od tamtej pory, chyląc się ku upadkowi, wsławili się niewyobrażalnym wręcz okrucieństwem. Poławiacze gąbek co rusz odkrywali w Bosforze rzędy skutych łańcuchami, utopionych żon i konkubin sułtana. Ich synowie, jeśli tylko udało im się dożyć pełnoletniości, zostając sułtanami, pozbywali się wszelkiej konkurencji w rodzinie, co było równoznaczne z setkami egzekucji. Najlepiej urodzeni mogli wybrać rodzaj śmierci np. z 13 rodzajów uduszenia.

600-letnia struktura państwa opartego na religii i podziałach klasowych zakończyła się podczas niecałej dekady panowania Ataturka. Zmusił on Turków  do noszenia zachodnich ubrań, zakazując zakładania bordowych filcowych fezów, nakrycia głowy, które w 1829 roku zastąpiło staroświeckie turbany. Ten symboliczny akt unowocześniania państwa wywołał krwawo stłumione zamieszki. Wielu mężczyzn zginęło  w obronie najbardziej dziwacznego nakrycia głowy, jakie kiedykolwiek wynaleziono. Ale chodziło o sekularyzację państwa, dostępność wykształcenia  dla wszystkich i raz na zawsze wytyczenie drogi dla przyszłości Turcji. Drogi  na Zachód, ku Europie. 

Los fezów podzielili tańczący derwisze – najbardziej wpływowe bractwo muzułmańskie czasów osmańskich, którzy wirowali przez 700 lat do  1925 roku, gdy – jako przykładu zacofania – zakazał im tego Ataturk. W 1950 roku zakaz poluzowano z uwagi na ochronę tradycji kulturowych, ale ich taniec można zobaczyć zaledwie dwa razy w roku: w lecie w Stambule na festiwalu w Ogrodach Yildiz i w grudniu w Konya, przy grobie Celatina Rumi, który stworzył ruch w XIII wieku.

Położona w centralnej Anatolii,  400 km na południe od Ankary, w sercu kraju –  Konya uznawana jest za najbardziej religijne miasto w Turcji. Tubylcy są z tego dumni, a ich pragnienie „Oby reszta Turcji była jak Konya” zdobi nawet boki miejskich autobusów. Położona na środku rozległego anatolijskiego stepu Konya przypomina tradycyjne miejsce postoju karawan. Większa część miasta została zbudowana w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, ale centrum jest bardzo stare, przyciąga turystów. Najważniejsi są jednak derwisze.

W sali przypominającej zadaszony amfiteatr są tłumy. Tancerze pozdrawiają zebranych „Salaam aleikum” (niech pokój będzie z tobą), sala odpowiada „Aleikum salaam” (i z tobą). Derwisze to ci, „którzy wybrali drogę cierpienia”, mający za zadanie wyprowadzić piękno i porządek z chaosu, na wzór harmonii systemu planetarnego. Jak pisał Rumi (mistyk i filozof, założyciel religijnego bractwa derwiszów), ich taniec „to nie jest unosić swe stopy nad ziemią jak pył na wietrze. To wznieść się ponad światy, rozbić swe serce i oddać swą duszę”. Wszystko jest tu przepełnione symboliką. Stożkowata czapka tancerzy oznacza kamień nagrobny, czarna peleryna  – grób, biała tunika – całun. Taniec,  a właściwie wirowanie wokół osi ciała, symbolizuje ruch planety i pory roku. Jedna ręka skierowana w stronę nieba, druga w ziemię; tancerz jest łącznikiem między dwoma światami. Po 10 minutach derwisze zatrzymują się i klękają. Wstają i rozpoczynają ceremoniał od nowa, taniec powtarzany jest cztery razy. Muzyka urywa się nagle, mężczyźni nieruchomieją i po chwili dotykają swych czół w islamskim geście pokory.

Kolebką kultury tureckiej była położona w zachodniej Anatolii, 400 km od Ankary, Bursa, pierwsza stolica Imperium Osmańskiego. Miasto zajmuje szczególne miejsce w sercach Turków, m.in. z powodu słynnych łaźni budowanych w XIV-XVI wieku. Wiele działa do dziś. Te najsłynniejsze leżą w dzielnicy Cekirge, a wśród nich niedawno odrestaurowana Eski Kaplica (Stara Łaźnia), gdzie bywa miejscowa elita i turyści. Historia łaźni sięga tysięcy lat. Turcy odziedziczyli je po Rzymianach. Upiększyli je i udoskonalili, by spełniać wysokie wymagania stawiane przez islam  w zakresie higieny osobistej.

Wizyta w łaźni jest doświadczeniem estetycznym, bo są to często najpiękniejsze wnętrza po meczetach: marmurowe posadzki, biało-niebieskie kafle,  korytarze oświetlone światłem świec, często zapachowych, w powietrzu para wodna zmieszana z zapachem dymu fajek wodnych i odgłos przyciszonego dźwięku harfy.

Przed wejściem do łaźni każdy otrzymuje gruby ręcznik (trzeba się nim owinąć) i szorstką, używaną do masażu jednopalcową rękawicę (kese) – przypominającą hutniczą. Aby zatrzymać ciepło, pomieszczenia zamyka się podwójnymi drzwiami obitymi skórą.  W pierwszej sali woda z marmurowej fontanny spływa zimnymi kaskadami  po podłodze. Pod ścianą stoją ławy  i wysokie drewniane koturny. W następnym pomieszczeniu jest parno, podłoga jest tu podgrzewana. Po kwadransie przechodzi się do sali trzeciej, z dwoma basenami z ciepłą wodą.

Masażyści polewają wiadrem ciepłej wody leżących na marmurowych stołach masowanych i szorstką rękawicą zabierają się do masażu połączonego z peelingiem. To osobliwa przyjemność, nie mająca nic wspólnego ze zmysłowym spa, a przypominająca bardziej heblowanie deski. Gdy ciało nabiera różowych barw, pokrywane jest gęstą białą pianą, dającą niesamowite uczucie lekkości. Beztroska trwa krótko. Kolejny masażysta ugniata leżące ciała niczym ciasto na pitę. To jedno z tych doświadczeń, które docenia się najbardziej, gdy się skończą. Kolejny pokój to już pijalnia czarnej herbaty. W męskim gronie można tu wypalić fajkę wodną.

Będąc w Turcji, trzeba zwiedzić co najmniej kilka meczetów. Meczety  w popularnych miejscowościach turystycznych, jak Konya, zapraszają  serdecznie „niewiernych” i często zapewniają im darmowych przewodników. Budowle te zapierają dech kunsztem architektonicznym. Ich lekka konstrukcja wydaje się unosić się nad ziemią,  a ogromne kopuły oparte na cienkich kolumnach przeczą prawu grawitacji. Wnętrze świątyń pokryte jest arabeskami, a światło do środka dostaje się przez kilkadziesiąt małych okienek.

Religia odgrywa w Turcji znaczną rolę, mimo że państwo jest oficjalnie laickie. Duchowieństwo cieszy się dużym autorytetem, zwłaszcza na wsi, gdzie 99% ludności to muzułmanie. 5 filarów wiary obejmuje m.in. jałmużnę, rytualne ablucje i post.

Ale o tym ostatnim lepiej zapomnieć w Amasaya. Mieście, które zasługuje na miano najmilszego zakątka Turcji. Położone w skalistym wąwozie, naturalnie oddzielone od reszty Anatolii, przez lata cieszyło się niezależnością i samowystarczalnością. Oprócz pięknego położenia dodatkową atrakcją miejscowości są zabytkowe budowle, grobowce królów Pontu oraz stare meczety. O wyjątkowym charakterze Amasayi decydują przede wszystkim liczne malownicze zabytkowe osmańskie domy, częściowo zbudowane z drewna. Najwięcej przetrwało ich na północnym brzegu rzeki.

Najpiękniejsze miejsca na świecie płacą cenę za swą urodę. Zakorkowane autobusami, zabudowane drogimi  hotelami i snobistycznymi restauracjami. Ale nie dotyczy to Amasaya, które na szczęście jest zbyt daleko od czegokolwiek, aby stać się trendy. Zdobył je Aleksander Wielki, a po nim każdy, kto był kimś w starożytnym świecie, się tu zatrzymał. To miejsce słynie z wyciętych w skale grobowców pontyjskich z IV w. p.n.e. Nad północnym brzegiem rzeki wznosi się stroma ściana skalna z widocznymi z drogi „otworami” grobowców. Wiedzie do nich stroma ścieżka. Grobowców jest 14, ale wszystkie są puste. Pełne są za to znakomite restauracje w Amasaya, z których miasteczko znane jest na cały kraj. Tu można zjeść najlepsze tureckie śniadanie: twarde białe sery, pomidory, ogórki prosto  z krzaków, kilka rodzajów oliwek, jogurt słodzony miodem.

„Duch wstępuje w człowieka razem z jedzeniem” – głosi przysłowie tureckie, stąd warto poznawać ten kraj od kuchni. Turecka łączy tradycje śródziemnomorskie i orientalne, obie przyprawione na ostro. W lokalnej lokanta (restauracji) między szklanymi pojemnikami z sokiem wiśniowym i cytrynowym obraca się na rożnie baran. Szef kuchni zręcznie odkraja kawałki mięsa, które po wymieszaniu z ryżem tworzą pilaw. Sala jest skromnie umeblowana. Betonową podłogę często skrapia się dla ochłody wodą. Cudzoziemców zaprasza do kuchni,  aby tam mogli wskazać wybrane przez siebie potrawy.

Na posiłki ludzie spotykają się w restauracjach, ale całe dnie potrafią  z upodobaniem spędzać w kawiarniach. Głównym miejscem spotkań towarzyskich są skromnie urządzone kyraathane, a ulubionym w nich zajęciem jest kejif – turecka sztuka relaksacji, bezczynność połączona z filozofowaniem. Hos geldiniz! (witajcie) – pozdrawia przybyszy gospodarz. Oprócz napoju goście otrzymują darmowy wykład,  np. o szczęściu (czyste powietrze, czyste ciało i czyste myśli są kluczem do jego osiągnięcia).

Większość turystów przyjeżdżających do Turcji szuka tego w Kapadocji, odległej o 400 km na południowy wschód od Ankary. Niegdyś było to serce imperium hetyckiego, później niepodległe królestwo, później rzymska prowincja. Obfita w minerały wulkaniczna gleba jest bardzo żyzna i z tego względu jest to rolniczy region z wieloma znakomitymi, małymi, rodzinnymi winnicami. Głównym źródłem dochodu Kapadocji jest jednak turystyka. Wycieczki z całego świata chcą zobaczyć kaplice Goreme, 36 wyciosanych w skale podziemnych miast w Derinkuyu i Kaymakli, obejrzeć baśniowe kominy w dolinie Ihlara.

Jeśli dotarło się do Kapadocji, a każdy dotrzeć tam powinien, to warto iść na lokalny bazar. Oczywiście wspaniałe księżycowe krajobrazy wokół Urgup, kamienne kościoły przypominające twierdze, a nawet całe miasta wyrzeźbione pod ziemią w skale są turystycznym magnesem tej krainy, ale targowiska dostarczają równie wyjątkowych wrażeń. Iskrzą się złotem wymyślnej orientalnej biżuterii, pachną skórą kożuchów wyglądających jak rekwizyty filmowe  z Doktora Żiwago, nieśmiertelne swetry zapełniają lady. No i dywany. Wszechobecne, uniwersalne tureckie dywany. Kryteria wyboru małżonki były kiedyś jasne. Zależały od liczby i wzornictwa dywanów w jej posagu. Kobierce były potrzebne, by chronić przed chłodem  i ozdabiać dom, ofiarowywano je też meczetom.

Turcy rodzą się i trwają  w unikalnie optymistycznej iluzji, że to, czego najbardziej pożąda reszta świata, to dywan. „Może dywan?” – pytają przechodniów tysiące razy, przekonani, że tym razem usłyszą „tak, dobrze, że Pan wspomniał, bo właśnie o tym myślałem”. Każdy, kto był w Turcji, słyszał historię o tym, jak ktoś wyszedł tylko na chwilę do łazienki i wrócił z pokaźnym kilimem czy o krótkim spacerze po bazarze, który zakończył się kupnem 5 narzut.

Kupno dywanu jest rytuałem samym w sobie. Wymaga czasu. Najpierw wpada się w sidła naganiacza. Później wypija niezliczoną ilość szklaneczek jabłkowej herbaty.

Kilkunastominutowa grzecznościowa rozmowa. Pstryknięcie palcami i asystent sprzedawcy rozwija pierwszy dywan. Po obejrzeniu pięćdziesiątego klient kupi choćby komplet poszewek na poduszki, aby się wydostać. Targowanie się jest sportem narodowym Turków. Tylko Turków. Kupujący dostaje więc ofertę około 30% większą od ceny rynkowej, aby mógł włączyć się do gry i wykazać „kupieckim talentem”.

Ale to nie dywan będzie ulubioną pamiątką z Turcji. Setki zdjęć również nie oddadzą głębi przeżyć. Ani wycieczki w najodleglejsze zakątki tego wielkiego kraju. Szeroki uśmiech tubylców  na dźwięk polskiej mowy sprawia,  że w tym najbardziej egzotycznym kraju Europy czujemy się jak w domu, jak wśród najlepszych przyjaciół, za jakich jesteśmy tu uważani.

Tekst: Sławomir Brzozowski

Obserwator