Site Loader
Meksyk - dzień żywych trupów

Czekając na dusze

Raz do roku w całym Meksyku dusze wracają na ziemię. W indiańskich miasteczkach stanu Chiapas Święto Zmarłych to nie tylko spotkanie żywych z tymi, którzy odeszli, ale także majańskich wierzeń z obrządkiem chrześcijańskim oraz tradycji przodków – ze współczesnością.

Drogą z miasteczka idą kobiety z kwiatami. Jedne położyły bukiety na głowach, inne uginają się pod zarzuconym na plecy ciężarem. Na polach wypełniających nieckę doliny kołyszą się już tylko zeschłe łodygi. Kukurydza dojrzała, została zebrana, ale tu i tam wciąż zwisają kolby – gładkie ziarna skryte pod szeleszczącymi niczym pergamin liśćmi.

Trakt tnie zagony na dwoje, a oglądany z pagórka pochód wygląda tak, jakby popielate morze rozstępowało się przed kiściami fioletowych i amarantowych płatków. Kobiety niosą kwiaty na groby bliskich. Idą tak w Amatenango, idą w San Cristóbal, Chenalhó, Zinacantán oraz setkach innych miasteczek lub wsi – wszędzie tam, gdzie się żyje i umiera. Jest ostatni dzień października. Do zmroku zostało niewiele czasu. O świcie przybędą dusze.Kwiaty przynoszone na groby podczas Día de los Muertos, czyli Święta Zmarłych, są nie tylko ozdobą. Wedle wierzeń dawnych Majów ich zapach miał związek z duchowymi esencjami, które każdy człowiek otrzymywał po przyjściu na świat. Obdarowanie zmarłych kwiatami można więc rozumieć jako sposób na dostarczenie przodkom pokarmu (fot.: Julia Zabrodzka)

1 listopada

„Dokładkę?” – Antonia nie czeka na odpowiedź. Zanosi puste naczynia do kuchennej przybudówki, sięga chochlą do garnka bulgoczącej na ogniu zupy. Łowi sprawiedliwie. Ziemniaki, bladozielone dyniowate chayote, liście kapusty, kęsy wołowiny z kością – każdemu po równo. Mąż, dzieci, krewni, znajomi dostają po drugiej porcji, dobrze im zrobi. Wywar paruje, miski przyjemnie grzeją dłonie. Dzień wstał ponury, chłód mwciska się do izby, na zewnątrz drobniutka mżawka zawisła w powietrzu niczym mgła.

Ale pogoda czy niepogoda, trzeba ruszać. Antonia i córki pakują się z kwiatami, świecami, torbami jedzenia do wysłużonego nissana; mąż jest taksówkarzem, pojadą wygodnie. Reszta pójdzie pieszo, jak większość mieszkańców Chenalhó. Miasteczko Majów Tzotzil leży w dolinie – jak głębokiej, nie sposób dziś ocenić, bo zielone zbocza nikną w chmurze. Cmentarz znajduje się za to wysoko. Trzeba kilka minut iść główną ulicą, za kościołem skręcić w lewo, przejść przez mostek nad strumieniem i wspiąć się betonowymi zakosami.

Zakręt za zakrętem. Ścieżka na skróty kusi, ale lśniąca ziemia jest wilgotna i śliska. Wkrótce pojawiają się groby – to albo betonowe klocki pomalowane na żółto, turkusowo czy błękitno, albo skromne kopczyki z krzyżami z deszczułek. Przy nich rodziny – kobiety w typowych dla Chenalhó bluzkach w prążki, otulone czerwono nakrapianymi szalami; mężczyźni ubrani po miastowemu, w dżinsach i krótkich kurtkach.

Grób ojca zgodnie z majańskim zwyczajem zawczasu obsypała sosnowym igliwiem, teraz rozkłada na nim bukieciki nagietków, w każdy wtyka cieniutkie świece. I jeszcze jadło – kukurydziane tamales z fasolą, zawinięte i ugotowane w liściu bananowca, mandarynki, orzeszki ziemne, oranżada w plastikowej butelce. Niech się dusza nasyci. Milknie gwar. Jeden znak krzyża, drugi, trzeci. Płynie modlitwa, krople wosku kapią na kwiaty, po policzkach ciekną łzy. Antonia skrywa twarz w dłoniach. Cicho, aż słychać trzask żarzących się igieł.

Ale dość smutków. Zebrała się rodzina, są przyjaciele. Razem przechodzą na kolejny nagrobek. Pochowano tu muzykanta, schodzą się więc koledzy po fachu. Stroją gitary, sprawdzają akordeon, trochę się krygują, gardła przepłukują bimbrem z trzciny cukrowej. Grajcie wreszcie! Najpierw rzewnie: „Przeminął już nasz czas, skończyły się czułości”. Potem żwawiej, mocnym głosem: „Odchodzisz i zostawiasz ból, co przeszywa na wskroś. Wspomnienie, co nie przeminie, że mocno kochał mnie ktoś”. Żałobnicy wtórują: „Nigdy mnie nie zapomnisz, choć długo będę sam! Lecz kiedy wrócę tu, by ruszyć w inne strony, wezmę cię ze sobą”. Muzykę słychać z wielu stron. Jeden miłosny szlagier za drugim – skoczna litania pożegnań, rozstań, rozdartych serc.

2 listopada

W niektórych regionach Meksyku przy grobach czuwa się aż do rana. Ale nie w Zinacantán. Miejscowość leży wysoko w górach, tu noc była szklista i zimna. Jeszcze teraz, dobre dwie godziny po świcie, czuć ziąb. Jednak powietrze jest już pełne światła i ostrego błękitu, ziemia pełna barw. Nie ma w Chiapas bardziej kolorowego cmentarza. Zinacantán to miasteczko ogrodników. Uprawiają mieczyki, chryzantemy, gerbery. Noszą je wyhaftowane na bluzkach lub narzutkach, to i zmarłych odziewają w kwiaty. Ledwie widać spod nich krzyże. Ludzie obsiedli groby, chrupią orzeszki, siorbią colę.

Kilku mężczyzn przelicza pesos i kupuje na sztuki papierosy od grubawego handlarza, jedynego metysa w tym towarzystwie. Potem zaciągają się i patrzą w pustkę. Mają na nią dobry widok. Zmarłych grzebie się tu na samej krawędzi świata. Dwa cmentarze w Zinacantán znajdują się na szczytach wzgórz. Spiczaste wzniesienia należą do zębatego łańcucha otaczającego nieckę, w której rozłożyła się miejscowość.

Po drugiej stronie ziemia obrywa się gwałtownie i otwiera panoramę długich, głęboko wciętych dolin, opadających na północ aż po dalekie równiny Jukatanu oraz morski brzeg. W jednej z nich, znów dziś otulonej chmurami, kryje się Chenalhó. Tam ludzie też przyszli już na pewno spotkać się ze zmarłymi. Maszerowali z tobołami pod górę, jak
w Zinacantán, gdzie każdy kondukt pogrzebowy wspina się ze wsi stromą drogą pośród sosen.

Nie ułatwiają sobie zadania. Czemu idą akurat tam, na tę nieprzystępną górę? „Przodkowie wybrali to miejsce” – ucina Pedro i zapala świece na grobie ojca. Nic więcej do dodania nie ma. Przodkowie wybrali, co tu dalej wyjaśniać?„Parę dni temu pojechałem do Romerillo – opowiada później amerykański antropolog Chip Morris. Znajduje się tam jeden z ważniejszych i bardziej malowniczych cmentarzy w Chiapas, położony na odkrytym wzniesieniu z rzędem 20 wysokich krzyży. – Chciałem zobaczyć wschód słońca, wyruszyłem przed piątą rano.

Zimno jak diabli, jeszcze po ósmej cały się trząsłem. Ale warto było, zrobiłem dobre zdjęcia. A przy okazji nasiedziałem się pod krzyżami i o świcie coś mnie tknęło. Jak one są ustawione względem słońca? Po powrocie odpaliłem Google Earth, wpisałem odpowiednie współrzędne, daty. I wiecie co? – Chip unosi brwi, mówi coraz głośniej
i szybciej. – Pierwszego listopada słońce wschodzi idealnie na wprost krzyży!

A gdzie znika za horyzontem? Niemal dokładnie pod kątem 90 stopni od Tzontevitz, świętej góry Tzotzilów, jednej z kryjówek Pana Ziemi. Potem sprawdziłem Zinacantán. Tam w Dzień Wszystkich Świętych pierwsze promienie padają na cmentarz niemal dokładnie sponad kościoła w wiosce. A jeśli obrócimy się w drugą stronę, zobaczymy miejsce, gdzie wedle majańskich wierzeń znajduje się jaskinia Pana Ziemi. Zmierzch jest śmiercią, a świt zmartwychwstaniem – kreśli naprędce na kartce strony świata. – Tych szczytów nie wybrano ani przypadkiem, ani wczoraj. Może sto, może tysiąc lat temu, kto to wie. Majowie mieszkają w Chiapas od wieków.Zgodnie z tradycją Meksykanie przygotowują na Día de los Muertos domowe ołtarze z jedzeniem, kwiatami i świecami. Na targach można kupić także ,miniaturowe wersje – to jedne z wielu dewocjonaliów i gadżetów sprzedawanych przed Świętem Zmarłych (fot.: Julia Zabrodzka)

Ale pod względem archeologicznym ten region jest dość słabo przebadany. Zresztą spróbujcie przekonać ludzi do wykopalisk na cmentarzu! Tak czy owak, mamy
do czynienia z bardzo dawnym zjawiskiem. Przybycie Hiszpanów w XVI wieku odmieniło ten świat, chrześcijaństwo nałożyło się na dawne wierzenia. Ale słońce rzuca pierwsze
i ostatnie promienie tam, gdzie zawsze. Góry ani drgnęły”.

3 listopada

Mayordomos z Zinacantán wszystko robią jak w łagodnym transie. Równo uderzają w struny harfy i gitar, w rytm muzyki kołyszą się z lewej nogi na prawą, z prawej na lewą, potrząsają grzechotkami. Inni miarowo mamroczą modlitwę, ponoć po hiszpańsku, na wzór księży, ale ich głosy są niskie, trudno rozróżnić słowa. Tak chyba brzmi upływ czasu. Obchodzą kolejne groby, przy każdym otacza ich wianuszek ludzi. Żegnają się, słuchają.

Właśnie po to wybrali mayordomos – by ci przez rok palili świece i kadzidło w kościele, przynosili kwiaty, strzegli rytuałów. Dziś przyszli na cmentarz, tu sprawują posługę. Krok w krok idzie za nimi kilku chłopców. Gdy tylko mężczyźni skropią ziemię wodą święconą, dzieci porywają z grobów pomarańcze, banany, trzcinę cukrową. Pędzą na bok, gdzie starsi pakują owoce do jutowych worków, zaszywają grubym szydłem. Później podzieli się je pod kościołem między mieszkańców, a ci zasiądą z nimi do wieczerzy przy domowych ołtarzach. Będą tamales z fasolą, kukurydziane tortille, zupa na mięsie. Niech się zmarli pożywią, długa droga przed nimi.

„Zwykle przychodzimy na cmentarz tylko przez dwa dni – tłumaczy Pedro. Świece płoną w dołku na grobie, przykryte deszczułkami, przez szczeliny wali smolisty dym. – Ale w tym roku drugi listopada wypadł w niedzielę. To dzień odpoczynku. Nie pracuje sięna polach, nie pracuje się w niebie. Święty Piotr też odpoczywa, bramy są zamknięte i zmarli nie mają jak wrócić. Dlatego czekamy wraz z nimi do poniedziałku”. Żadna dusza nie powinna zostać na ziemi sama.

Obserwator